poniedziałek, 29 września 2014

Fazy psychozy

I oto jestem - studentka na magisterce. Chociaż ja nadal zastanawiam się w jakim celu i co z tego wyniknie? Jakim ja autorytetem w swojej dziedzinie mam być, skoro wciąż cierpię na niedosyt wiedzy ( której nawet nie zaspakajam tylko oglądam filmiki polskich youtuberów). 
Kiedyś spoglądałam na tych ludzi w moim wieku, 22 letnich, z pozycji dziecka. Myślałam wówczas, że to dorosłość, że odpowiedzialność i że życie na własny koszt. Tymczasem ja jestem dokładnie TAK SAMO  uzalezniona od rodziców jak wtedy, gdy miałam 5 lat. No, z tymi drobnymi różnicami, że prawo daje mi większe pole do manewru i potrafię sama się nakarmić. Ale generalnie, osoba cierpiąca na fobie społeczną jest zdana na łaskę innych.
Tylko ludziom brakuje tej łaski i zrozumienia. Przypomina mi się tu ciekawy epizod z mojego życia : ostatnio z siostrą i kumpelą piłyśmy wino u nas w domu. Dziewczyny się nieco spiły (winem ze stacji benzynowej, winem które proponowało picie siebie  Z WÓDKĄ!!), także odprowadziłam an oddalony kilka metrów od domu przystanek autobusowy, jedną z nich. Podczas oczekiwania na tramwaj koleżanka powiedziała, że martwi się o mnie, że źle wyglądam, że chciałaby abym była już zdrowa i przestała brać te psychotropy. Że widzi, że ze mną tylko jest gorzej. Bardzo doceniłam jej troskę... Tylko, że:
1. Wtedy akurat czułam się na prawde dobrze
2. Moja psychika współgrała z racjonalną częścią mnie - kolejny plus
3.Myślałam, że mi się poprawia
4. Antydepresanty są niezbędne dla idiotów( takich jak ja), którzy wiecznie planują swoje samobójstwo
5. Studiuję , już 4ROK, HELLOOW! Czy fobik na studiach to jednak nie jest niemałe osiągnięcia świata medycyny i psychologii?
Ale nie, bo ludzi - co uwidacznia się na przykładzie koleżanki - widzą złe rzeczy. Nie widza progresu, widzą, że się męczę i współczują albo wyszydzają. A ja już coraz bardziej mam to gdzieś. Nie zrozumie mnie nikt kto nie nosi w sobie irracjonalnego lęku i który wszelkie swe fantazje pokłada w niebycie. Brzmi to cholernie patetycznie, ale cóż! Tak właśnie wygląda  MOJA  rzeczywistość.
A tak na prawdę boje się i jest mi przykro.
Chciałabym wychodzić z domu, chciałabym angażować się w zycie społeczne, robić coś więcej ponad to niż to, co muszę. Tylko nie wiem jak. Nie potrafię.
Dzisiaj była taka piękna pogoda a ja nie miałam z kim wyjść na spacer. Jedna koleżanka nie mogła bo w poniedziałki ma za dużo obowiązków by wyjść z domu na godzinę..... a drugi kolega notorycznie nie odbiera telefonu. Cóż, muszę być niesamowicie męczącą osobą.
Boję się.

sobota, 26 lipca 2014

podobno jestem nienormalna.

Hej, wyskoczył mi pypeć na języku. Mama twierdzi, że dlatego, iz ktoś mnie ostro obgaduje.
A ja nawet wiem kto.
Ale któż z nas nie miał pypcia? Nie obgadywał? Nie był obgadywanym. Nienawiść - to takie powszechne uczucie. Emocja.
Ale może zacznę od początku. Urodziłam się 22 lata temu na obrzeżach polskiego Detroit. I już wtedy wiadome było, że nie będę udanym dzieckiem. Brzydka, mała, żółta od żółtaczki i pomarszczona jak sam skurwysyn alkoholik. Wnuczka alkoholika. Córka DDA. Ale wracając.... w inkubatorze z za małej głowy zsunęły mi się okulary i w ten sposób nabyłam niemałą, rosnącą razem ze mną wadę wzroku. Można by rzec, iż kret w oczach i ślepota towarzyszą mi od urodzenia. Na oko... -5 w każdym oku. Czy to mało, dużo? Nie wiem - noszę soczewki by zakryć pod fasadą szkła swoją powierzchowność ( bez okularów jestem nieco bardziej atrakcyjna). Potem było tylko gorzej. Rodzice- typowy przykład agresji i nadopiekuńczości zarazem. Zaborczość wobec własnego dziecka i surowe kary. Myślę, że właśnie ich styl wychowania dał to doskonałe połączenie wszystkich cech neurotyzmu w mojej osobowości, lęk przewyższający racjonalizm i dorównujący rozlicznym fobią jest na to doskonałym przykładem. W kilku słowach - patrząc na innych czuję się lepsza, spojrzawszy w lustro czuję się nikim.
Potem były szkoły. Przedszkola, podstawówki, gimnazja, licea i studia - przebrnęłam przez to z lękiem na ramieniu. No, studiować zamierzam dalej, sam licencjat nie zbuduje kariery wybitnego specjalisty, trzeba się trochę bardziej postarać. Poza tym zakochana jestem w moim profesorze utytułowanym, żonatym i dzieciatym i chcę sobie na niego jeszcze jakiś czas popatrzeć znad fasady powierzchowności. W zasadzie ZAWSZE  zakochiwałam się w nieodpowiednich facetach, w 95% byli już zajęci. Zastanawiam się nad tym nierzadko - zapewne jest to syndrom zaborczego, surowego ojca i jednocześnie kompleks niedowartościowanej córki - zakochiwać się w zajętych, starszych, nieosiągalnych. Z drugiej strony wychowano mnie porządnie, w duchu wartości i zasad moralnych, nigdy nie byłam molestowana, wykorzystywana, wobec czego w/w. hipoteza nie wystarcza mi za wytłumaczenie. Ale kontynuując.... zakochiwałam się w NIE TYCH. Zakochuję. Ale bez obaw, lęk, często paradny, widziany pod postacią mojej osobistej paranoi, nigdy nie pozwala mi uzewnętrznić moich uczuć.
I tu wracamy do począrku, czyli tematu: otóż wobec niektórych klasyfikacji ( a w zasadzie wszystkich, stosowanych w psychologii czy medycynie klasyfikacji) jestem klasyczną psycholką. Paranoiczką. Neurotyczką. Fobiczką. Schizolem. Wielką Smutą. Ano! co bym zapomniała, czasami można pokusić się o borderline choć ja osobiście jestem daleka od stawiania takich tez.
Dalej - nienawidzę/nienawiść. Nie lubiano mnie. A może raczej... Rzadko mnie lubiano. Podobno jestem ładna i mądra, co wzbudza zazdrość. Nie prawda. Nie jestem ani ładna, ani mądra. Ręce wyciągam ku próżni, łapiąc strzępki cudzych słów, co w oczach band idiotów czyni mnie kimś mądrzejszym. A ładna? To slang dziewczyński, jesteś ładna nic nie musisz poprawiać (jestes brzydka zostań taką). Nienawidzą mnie nawet moi właśni przyjaciele. Czasami rodzice.
A przede wszystkim ja sama.